<<< Rozdział 8 | Rozdział 10 >>>

Rozdział 9: Żydowskie Hieny Licytacyjne

  

Obraz działalności żydowskiego podziemia gospodarczego byłby niepełny, gdybyśmy nie wspomnieli choć pokrótce o działalności tzw., hien licytacyjnych, żerujących na cudzym nieszczęściu.

W samej Warszawie funkcjonowało parę takich szajek. Ich przedstawiciele pełnili stałe dyżury w sądach, snuli się za komornikami, podpłacali urzędników sądowych byle dowiedzieć się szczegółów licytacji wcześniej niż inni. Szajki licytacyjne dysponowały niemal nieograniczoną gotówką, co świadczy, że stał za nimi jakiś większy i dyspozycyjny kapitał. Szajki nie konkurowały ze sobą, kiedy któraś włączała się do licytacji, pozostałe już nie wchodziły jej w drogę, co oczywiście przekreślało wszelki sens sprzedaży drogą licytacji, prawdopodobnie było to uzgadniane w gminie żydowskiej (chazaka). Natomiast ćma wynajętych naganiaczy-licytatorów, działała bezwzględnie wobec innych, chrześcijańskich konkurentów. Bywały nieraz przypadki ciężkiego pobicia i okalecznia w czasie prób przedarcia się na licytację kogoś nieprzewidzianego.

Swego czasu wstrząsnął Warszawą proces byłego komornika Barylskiego, skazanego za zmowę z "zawodowymi licytantami" Herszem Wolfrydem i Moszkiem Kenigsweinem. Bandzie udowodniono inscenizację jednej licytacji, a ile im uszło na sucho? Wejście do posesji, gdzie odbywała się licytacja ruchomości zablokował tłum złożony ze stu wynajętych naganiaczy. Przepuszczono tylko komornika Barylskiego i nieszczęsną właścicielkę ruchomości. Licytacja miała przebieg błyskawiczny, za sumę 133 złotych Hersz Wolfryd kupił zbiór cennej porcelany, platery, perskie dywany i inne drogie tkaniny, meble, kolekcję starych sreber i zbiór złotych monet wartości stu tysięcy złotych.

Natychmiast po licytacji, na tym samym podwórku posesji wypłacono wszystkim stu podnajętym licytatorom honorarium za "rajwoch" i zawiązano spółkę do sprzedaży zlicytowanych rzeczy.

<<< Rozdział 8 | Rozdział 10 >>>